środa, 25 listopada 2015

Pluszowy miś... świętuje dziś

Powycierany, z łapką na temblaku, uśmiecha się radośnie z półki nad moją głową. 

Powiernik tajemnic, pocieszyciel, towarzysz podróży, mięciutki przyjaciel na dobre i na złe. Moje dziecięce życie bez niego z pewnością byłoby mniej kolorowe. O tym, że łączy nas jakaś szczególna więź, świadczy to, że wciąż jesteśmy razem :).


Pluszowy miś... bo to o nim mowa, towarzyszy mi od pierwszych dni życia.

Odkąd sięgnę pamięcią zawsze był bohaterem zabaw, wszędzie ze mną jeździł, pomagał przezwyciężyć strach albo wciągał jak gąbka moje łzy.
Po prostu był... a to w żywocie misia najważniejsze. 
Teraz siedzi na półce i z każdym moim spojrzeniem przywodzi kolorowe wspomnienia z dzieciństwa.

Z przyjemnością obserwuję jak dziewczynki nawiązują tą puchatą przyjaźń i cieszę się, że one także mają swoje ukochane maskotki.

Ponieważ Ola już troszkę podrosła postanowiłam pokazać jej jak powstają misie. W tym celu wybrałyśmy się na ul.Chmielną w Warszawie do Smyka. Tam znajduje się jedyna w stolicy Fabryka Misiów.

W wielkich koszach leżą poukładane misiowe futerka ("ciałka"), dziwaczna maszyna nadaje ciałkom miękkości, a w szklanych słoiczkach stoją czerwone serduszka. Wszystko, oprócz wypełnienia, mały człowiek robi sam. Począwszy od wyboru futerka i serduszka, przez ubieranie i dekorowanie pluszaka, aż po nadanie mu imienia. Zwierzak dostaje akt narodzin i estetyczne pudełko w którym można go zabrać do domu.

Oczywiście nie potrafiłam (a tak naprawdę chyba nawet nie chciałam) odmówić dziewczynkom przyjemności tworzenia. Po tej wycieczce nasza misiowa rodzina powiększyła się o Tosię, brunatną mega mięciutką niedźwiedzicę.

PS. Pluszowe misie, w dniu Waszego święta życzę Wam miliona uścisków i życia u boku kochających Was dzieciaczków :)


niedziela, 22 listopada 2015

My w tv...

To oczywiście tylko króciutka wypowiedz, ale i tak się cieszymy, że w ogóle puścili.
Zapraszamy do obejrzenia. My w 3:33 minucie. Link do materiału TUTAJ

środa, 11 listopada 2015

Wielkie słowa...mali ludzie

Niepodległość, Patriotyzm, Ojczyzna.

Wielkie słowa, które moim zdaniem, powinny być wpajane dzieciom od najmłodszych lat.
Odkąd pamiętam, zawsze wstawałam słysząc Mazurka Dąbrowskiego, podczas ważnych świąt wywieszałam z Rodzicami flagę i zawsze miałam szacunek do symboli narodowych. 
O tym jak ważna jest wolność naszego kraju, jak ciężko żyło się pod zaborami lub podczas wojny opowiadali mi pradziadkowie i dziadkowie. Rodzinne historie, dla mnie (żyjącej w czasie pokoju), były mocno odległe, ale niesamowicie ciekawe. Zdecydowanie bardziej niż to, o czym czytałam w podręcznikach na lekcjach historii. 
To Rodzice, Babcie i Dziadkowie nauczyli mnie szacunku do Ojczyzny i osób, które walczyły o jej niepodległość.

Teraz to na nas spoczywa obowiązek przekazania tej nauki na dalsze pokolenie.
Dla naszych córek pojęcie wolności, wojny czy zaborów, jest jeszcze za poważne. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby (szczególnie Oli) wytłumaczyć na czym polega szacunek do flagi, godła i hymnu narodowego.

Od kiedy urodziła się Aleksandra, a teraz i Paulinka, Dzień Niepodległości staramy się spędzać aktywnie. Chodzimy na spacery w miejsca związane z historią naszego kraju, na parady wojsk, na pokazy musztry, itp. 
Z każdym rokiem możemy liczyć na co raz ciekawszą oprawę Święta Niepodległości. Organizatorzy najróżniejszych marszów dbają, aby były one bezpieczne i atrakcyjne także dla rodzin z dziećmi.
W zeszłym roku wybraliśmy paradę na Krakowskim Przedmieściu.
Nie opowiadam się za żadną opcją polityczną(!). O wyborze akurat tego "marszu" zaważyła chęć pokazania dzieciom jak wyglądają poszczególne wojska, Prezydent, Premier i najważniejsze osoby w Państwie. To kogo popieramy nie ma większego znaczenia. Takim osobom (niezależnie od opcji politycznej) należy się szacunek i tego wymagam od moich dzieci.

Jest mi wstyd za tych pseudo patriotów, którzy z obchodów tak ważnego dla Polaków Święta robią sobie kolejną regularną ustawkę. 
Mam nadzieję, że moje dzieci, nawet jeśli będą miały poglądy skrajnie odmienne od opcji rządzących, będą wyrażały je w sposób kulturalny i pozbawiony agresji.
Wiem, że do tego czasu upłynie jeszcze co najmniej kilkanaście lat, ale czym skorupka za młodu nasiąknie...


Ze swojej strony zrobię wszystko, aby dziewczynki były dumnymi ze swojego pochodzenia Polkami, potrafiącymi szanować swój kraj i jego historii.

Mam nadzieję, że w tym roku pogoda pozwoli nam na kolejny patriotyczny spacer i będzie on równie atrakcyjny jak w latach poprzednich.

A póki co, ku pokrzepieniu serc...
nasza Ola (w momencie nagrania - lat 3)



Urodziny Mediateki

Miejsce, gdzie trzyletnia Ola chodziła na muzykę dla smyka i zajęcia plastyczne.
Miejsce, gdzie są tysiące książek, które mimo braku czasu, staram się pochłaniać  wieczorami. 
Miejsce, gdzie co miesiąc pojawiamy się na teatrzykach dla dzieci.
Miejsce, gdzie odbywają się ciekawe spotkania i projekcje.

To miejsce to Mediateka. Jeden z kilku naszych ulubionych przystanków na Bielanach.

                                        

Dzisiaj Mediateka obchodziła swoje piąte Urodziny. Oczywiście, nie mogło nas zabraknąć na tej imprezie. 
Ola jako wielbicielka przedstawień i niezmordowana tancerka oraz równie roztańczona osóbka-Paulina, nie przepuściły okazji do świetnej zabawy. 

Równo o 16.00 zasiadłyśmy na widowni teatru Złoty Dukat, by przenieść się w krainę siedmiogłowego smoka, księżniczki, która miała być jego posiłkiem, zwariowanej wróżki i śmiałków którzy mieli owego smoka poskromić. 
Na szczęście dla ogółu, gad okazał się być jaroszem, więc bajka miała szczęśliwe zakończenie. 

Po spektaklu miałyśmy wrócić do domu, ale wspólnie zadecydowałyśmy, że jak świętować to na całego i zostałyśmy aż do końca imprezy. A ta zakończyła się kameralnym i bardzo sympatycznym koncertem Patrycji Markowskiej. Dziewczyny potańczyły, a ja pośpiewałam (tak...wiem, że nie umiem, ale atmosfera mnie poniosła). 
Na koniec zjadłyśmy przepyszny tort i zmęczone, ale rozbawione trafiłyśmy do domu.

Między teatrzykiem, a koncertem miałyśmy dwie godziny przerwy, ale ten czas też wykorzystałyśmy bardzo efektywnie. Dziewczyny bawiły się w specjalnych kącikach z zabawkami, a ja pobuszowałam na cmentarzysku książek. 
Na sześciu ogromnych stołach rozkładano książki, które (w zamian za przyniesienie jednego tytułu) można było wziąć do domu. Szperałam, oglądałam i jestem bardzo zadowolona, bo nasza domowa biblioteczka została wzbogacona o kilka ciekawych pozycji. 

Podsumowując... to były bardzo ciekawe Urodziny, z których to my wyszłyśmy z prezentami :).

* specjalne podziękowania należą się Babci Eli, która pomogła mi ogarnąć te moje dwa szalone Wombaty. Bez Jej pomocy trudno byłoby upilnować dziewczyny. Tym bardziej, że Paulina odkryła w sobie wybitne zamiłowanie do przestawiania książek na półkach :).

piątek, 6 listopada 2015

Wróg numer 1

Cała damska część naszej rodziny ma coś wspólnego z susłami. Radek to ranny ptaszek, natomiast ja i dziewczynki lubimy sobie pospać. 
Ola i Paulinka od urodzenia przesypiały całe noce, i tak jest do dzisiaj. Jednak istnieje pewna rzecz, która jest w stanie wybudzić je z najmocniejszego snu w sekundę.

Kołdra!!!
Wróg numer jeden!

Nie wiem, nie ogarniam, nie rozumiem.
Ja nawet w największe upały muszę być przykryta, a wręcz okręcona kołdrą. Nie daj Boże, jeśli kawałek stopy wydostanie się dziwnym trafem z pod pierzynki, musi być natychmiast pod nią schowany.
Niektórzy się ze mnie śmieją, że hermetyzuje się porównywalnie z promem kosmicznym. No cóż, jest mi zawsze zimno i nic na to nie poradzę...
Natomiast córki nasze rodzone, dostają szału jak mają spać przykryte.
Budzę się, otulam, pilnuję, żeby się nie rozkopały, ale daremne to wysiłki. Każda próba przykrycia kończy się lotem kołdry na pół pokoju albo bardzo gwałtownym przebudzeniem z dość dosadnym stwierdzeniem, że kołdra to wróg.
I tak walczę z nimi i sama ze sobą, bo przecież mam wrażenie, że na pewno zamarzną bez przykrycia. A one sobie nic z tego nie robią i z gracją narowistego rumaka posyłają kołdrę na podłogę.

Pewnego razu postanowiłam przetestować śpiwór dla dzieci. Gdyby nie chęć zapewnienia dziewczynkom komfortu cieplnego, pewnie nigdy nie zobaczyłabym jak desperacka może być próba oswobodzenia się z tego kokonu.
Oczywiście śpiwór pokonałby problem odkrywania się, ale nie mam sumienia skazywać wszystkich na kolejną noc tortur. 
Pozostaje mi tylko pogodzić się z tymi wiecznie odkrytymi dzieciorami i faktem, że w kwestii zamiłowania do kołder nie poszły w mamusię.
Ciekawa jestem jak jest u Was? Czy ten problem dotyczy tylko moich pociech czy wasze też mają tą osobliwą przypadłość?
Ps. Jeśli Wasze dzieci nie uważają kołdry za przeciwnika zapraszam  TUTAJ, tam spory wybór szytych przeze mnie milusich kołderek :)

sobota, 31 października 2015

Halloween

Nie jestem specjalnie zagorzałym zwolennikiem ani przeciwnikiem obchodzenia Halloween.
Uważam, że każda okazja na spotkanie ze znajomymi jest dobra, a jeśli data pokrywa się ze "świętem duchów" pozwala to na jeszcze większą kreatywność w przygotowaniu przyjęcia.
Tym razem goście zapowiedzieli się z dzieciakami, więc dobór potraw planowany jest też pod ich kątem.

Muszę przyznać, że w kuchni jestem totalnym beztalenciem. Moje zdolności kulinarne ograniczają się do podgrzania wody na herbatę, kotleta, jajecznicy i kilku prostych zestawów obiadowych, więc przekąski nie mogły być zbyt skomplikowane w przygotowaniu.
Inspiracje zaczerpnęłam z internetu, natomiast dobór składników i wykonanie to już własna inwencja twórcza.

W związku z tym na stole zagościły: tosty pajęczynki, parówki mumie, banany duszki, mandarynki dynie i lizaki duchy.

Mam nadzieję, że nikt z gości nie zgłosi żadnego "potwornego" zatrucia.

Sposób przygotowania jest banalnie prosty.
Poniżej... jak, co i z czym :)


Tosty pajęczynki: pieczywo tostowe, ser żółty, ketchup lub koncentrat pomidorowy, oliwki.

Na posmarowane masłem pieczywo, kładziemy plasterek sera, smarujemy ketchupem lub koncentratem pomidorowym. Drugi plasterek sera tniemy w paseczki i układamy je w kształt pajęczynki. Z oliwki wycinamy tułów i nogi pająka. Wkładamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika i pieczemy aż ser się delikatnie rozpuści.
Lizaki duchy: okrągłe lizaki, chusteczki higieniczne, marker i nitka.
Na lizaka nakładamy dwie lub trzy chusteczki higieniczne, przewiązujemy nitką. Na koniec rysujemy flamastrem oczy i buzie. Aby duszki dobrze się prezentowały na talerzu, można wbić je w połowę jabłka.
Dynie: mandarynki i szczypiorek. Wykonanie banalnie proste. Nie będę tłumaczyć, co i gdzie trzeba wepchnąć, ponieważ zdjęcie doskonale to wyjaśnia:).
Parówki mumie: parówki, ciasto francuskie, pieprz czarny w ziarnach. Parówkę owijamy szczelnie ciastem francuskim zostawiając przerwę na buźkę mumii. Z ziarenek pieprzu robimy oczy. Tak przygotowane parówki lądują w nagrzanym  piekarniku. Temperatura nagrzania i długość pieczenia podane są na opakowaniu od ciasta francuskiego (każdy producent ma inne zalecenia).
Bananowe duchy: banany i nutella. Tniemy banany na około 4 cm kawałki. Za pomocą wykałaczki zanurzonej w nutelli rysujemy oczy i buźkę. Uwaga... Banany do momentu podania najlepiej trzymać w lodówce. Nasze tam nie wylądowały i odrobinę się rozjechały.
Jednak nie samym jedzeniem człowiek żyje, więc aby nadać spotkaniu straszniejszego charakteru i zająć czymś Olę, otworzyłyśmy produkcję nietoperzy i duchów. Na dekoracje pomysłów mamy sporo, ale o tym wkrótce.


Wszystkiego strrrraaaszneeegoooo !!!
Boooo...

poniedziałek, 26 października 2015

Made by Led

Maskotki, poduszki, kołderki, czapki... moje córki co chwila zgłaszają zapotrzebowanie na nowe przedmioty. Jako kochająca mama, staram się zaspokajać ich zachcianki.
Spokojnie... nie mam tu na myśli kupowania kolejnych rzeczy w sieciówkach czy hipermarketach.
Skoro już czegoś chcą, a ja jestem w stanie im to własnoręcznie stworzyć, to dlaczego mam im nie sprawić tej radości?
Uwielbiam je w ten sposób rozpieszczać.
Z dnia na dzień powstają kolejne wytwory moich rąk i serca. Dzięki temu szkoli się mój warsztat, a i kilka groszy zostaje w kieszeni.

Od kiedy moją "twórczością" zaczęły interesować się osoby postronne i pojawiły się pierwsze zamówienia, powstało Made by Led.
Zapraszam do mięciutkiego świata minky,  szalonych kolorów oraz niezliczonej ilości wzorów.
W ofercie kołderki, poduszki, czapki, kominy, kostki z sensorkami, rożki dla niemowląt, okładki na książeczki zdrowia, kosmetyczki na dziecięcy niezbędnik, maskotki, itd.
Wszystkie rzeczy w mojej ofercie to ręczna robota z ogromnym kawałem serducha. 

Zapraszam na






czwartek, 22 października 2015

Biwakowanie ;)

Jak ja nie cierpię takiej pogody.

Jesień może urokliwa, ale tylko do momentu, kiedy jest piękna, sucha i złota. Temperatura poniżej 15 stopni, deszcz i wiatr to istne barbarzyństwo.
Najchętniej zamieniłabym się w kota na zapiecku albo zakopała pod kocem z kubkiem gorącej herbaty.

Ale nic z tego...
Przy dwójce maluchów o leżeniu w ciągu dnia mogę zdecydowanie zapomnieć (dobrze, że w nocy są bardziej humanitarne). 
Piec kaflowy mocno uszczupliłby metraż naszego niewielkiego "em", a wszystkie koce służą w naszym domu do budowania namiotów(!).
Tak tak, dobrze rozumiecie, z pasją budujemy namioty. Nie wiem czy u wszystkich dzieciaków występuje ten biwakowy syndrom, ale u naszych zdecydowanie tak.

Wspomniany namiot służy nam do wszystkiego... do zabawy w dom, do zabawy w sklep, do piknikowania, jako szpital, psia buda i stołówka. Zaskakujące, ile na tak niewielkiej powierzchni można umieścić zabawek, a potem... dopchnąć się tam samemu :). Ola zdecydowanie mogłaby konkurować w tej dziedzinie z niejednym człowiekiem-gumą :)

Kto by pomyślał... kilka krzeseł i koce albo kawał materiału i kije, minimalny zmysł architektoniczny i super budowla gotowa.
Propozycja tej zabawy jest bardzo ekonomiczna, bo przeważnie mamy te przedmioty w domu.

Mały wysiłek, a dziewczyny szczęśliwe. W swojej "bazie" bawią się całymi dniami, natomiast ja mam chwilkę na napisanie posta... no chyba, że jestem akurat klientką namiotowego sklepu, psem, gościem na pikniku, czy pacjentem szpitala polowego :).

Poniżej kilka namiotowych inspiracji...

*zdjęcia pochodzą z przeglądarki Google



niedziela, 18 października 2015

Piknik w Parku Młocińskim

Obudziłyśmy się, jak na fachowe susły przystało, po godzinie 9.00.
Dzisiaj planowałyśmy wybrać się na Piknik z okazji otwarcia placu zabaw na Młocinach.
Niestety pogoda nie nastrajała pozytywnie, lało jak z cebra i nie zamierzało przestać.

Jedyne o czym marzyłam to pozostanie pod kołdrą, ale oczywiście nasze córki miały zupełnie inną koncepcję. 
Nie było wyjścia, obiecałam, to musiałam dotrzymać słowa. Wyszłam z założenia, że nie ma złej pogody na zabawę, są tylko źle dobrane ubrania, a trochę deszczu jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Uzbrojone w kalosze, kurtki przeciwdeszczowe i folię na wózek wyruszyłyśmy na Młociny.  
Jechałam z przekonaniem, że i tak pewnie zaraz wrócimy do domu, bo Piknik będzie odwołany.
Jakież było moje zdumienie, kiedy po dotarciu na miejsce zobaczyłam rozstawione namioty, pola do konkursów i rozpalone ognisko. Biorąc pod uwagę aurę, dookoła nowego placu zabaw, działo się naprawdę sporo.
Bielany po raz kolejny nie zawiodły.
Animatorzy wciągali dzieci i rodziców w rozmaite zabawy oraz konkursy, piekłyśmy kiełbaski na ognisku, dziewczyny pomalowały buźki, no i dopadły nowy plac zabaw.
Dotychczas polana w Lesie Młocińskim, kojarzyła mi się tylko z kilkoma spotkaniami z okresu szkoły średniej, a tu taka niespodzianka.
Jeśli chodzi o wypady rodzinne, to teraz to miejsce ma naprawdę spory potencjał. Łatwy dojazd, miłe otoczenie, wyznaczone paleniska, ławki, stoliki, parking, boiska no i on... gwiazda dzisiejszego Pikniku czyli plac zabaw (a właściwie to dwa).
Ola zwariowała na jego punkcie.
Paulina nie wyraziła swojej opinii słownie, ale po podekscytowanej minie wywnioskowałam, że jej też się podobało.
Plac podzielony jest na dwie części, dla mniejszych i większych dzieci. Konstrukcja z drewna i metalu fajnie wkomponowała się w otoczenie. Nie ma tu wszędobylskiego plastiku, co w sąsiedztwie lasu, działa bardzo na plus. Poszczególne "przyrządy" zaskakują małych odkrywców i zachęcają do dalszej eksploracji.
Jest tam na tyle fajnie, że chętnie zamieniłabym się z dziewczynkami i sama weszła na zjeżdżalnie, tyrolkę lub zestaw równoważni. Niestety 12 lat skończyłam już trzy razy, więc o tego typu szaleństwie mogę zapomnieć. 
Dziewczynki bawiły się wyśmienicie, a pomyśleć, że chciałam się poddać i zostać w domu. 
Na szczęście stało się inaczej i udało nam się spędzić fajny dzień na powietrzu. 
Na zakończenie Pikniku spotkała nas jeszcze bardzo miła niespodzianka. Wróciłyśmy do domu z dwoma przeuroczymi słonikami, kubeczkami, fluorescencyjnymi kamizelkami i smyczkami. Prezenty z logo Urzędu Dzielnicy Bielany, będą nam długo przypominać o tym deszczowym, ale ciekawie spędzonym popołudniu. 
Muszę przyznać, że ostatnio na Bielanach powstaje co raz więcej inicjatyw skierowanych do rodzin z dziećmi. Fajnie, że tu mieszkamy i możemy z tego korzystać
Ehh...Mam tylko nadzieję, że nasz nowy plac zabaw stawi czoła chuliganom i nie da się łatwo zniszczyć, bo wiem, że będziemy tam częstym gościem.                                                                                                                                                   


* przepraszamy za nie najlepszą jakość zdjęć.

czwartek, 15 października 2015

Taka jestem...

Dzisiaj bardzo osobisty temat. Myślę, że sporo poukłada, jeśli chodzi o stosunki międzyludzkie, samoakceptację oraz wyjaśni niektórym zmianę w moim zachowaniu.
Od dłuższego czasu w mojej głowie siedziały przemyślenia, które nie bardzo wiedziałam jak ubrać w słowa.
Punkt w którym się teraz znajduje, to to do czego dążyłam bardzo długo, no i w końcu się udało.
Widocznie musiało minąć ponad trzydzieści lat, żebym zrozumiała, co jest w życiu ważne i ważniejsze.
Miały na to wpływ najróżniejsze sytuacje, napotkani ludzie, doświadczenia.

Od zawsze starałam się być osobą lubianą, akceptowaną, przynależeć do jakiejś społeczności.
W zasadzie nie wiem z czego to wynikało, bo Rodzice dali mi solidny pokład poczucia własnej wartości. 
Pamiętam jak w szkole miotałam się pomiędzy kilkoma paczkami w poszukiwaniu własnego miejsca. Niekiedy moje zdanie rozbiegało się z większością, ale z obawy przed wykluczeniem, nie wypowiadałam tego głośno.
Tak bardzo chciałam być częścią grupy, że zatracałam własne ja.
W miarę dorastania, świadomość bycia odrębną jednostką wracała. Niestety wyrażanie siebie przybrało mocno buntowniczy charakter. Nietrudno się domyślić, że pojawiły się pierwsze konflikty z rówieśnikami. Urastały wtedy do małych wojen, a głównym tematem było jak przechytrzyć wroga. Zawsze kończyło się tylko na debatach, ale ile kosztowało emocji. Ehh...

Nigdy nie byłam normalną dziewczyną, która interesuje się swoim wyglądem, chłopakami, ciuchami (no dobra moda to akurat jedna z moich ulubionych rzeczy), nie siedziałam otoczona wianuszkiem koleżanek, nie miałam przyjaciółki od serca. 
Rajdy samochodowe, motoryzacja, straż pożarna to nie są damskie pasje. 
To, że miałam i mam nieco odrębne zainteresowania, nie do końca wpisuje się w idealny obraz kobiety. Może na pierwszy rzut oka wygląda intrygująco, ale potem do rozsądku przemawiają stereotypy, a ty (w sensie, że ja) czujesz się jak dziwadło.
Nie masz z kim podzielić się swoimi przemyśleniami, bo koleżanek na horyzoncie  brak, a faceci przecież nie zrozumieją Twoich problemów. Zawsze na posterunku byli i są Rodzice, od których zawsze miałam ogromne wsparcie, ale dla nich szczególnie nastoletnie problemy wydawały się być abstrakcją.

Czy było/jest mi z tym źle?
W obecnej chwili... nie!
Jestem jaka jestem i dobrze mi z tym.
Ale nie zawsze było tak kolorowo.

Jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził, więc teraz nawet nie staram się tego robić.
Czas pokazał, że nie warto. Dorosłam - trochę późno (ale lepiej późno niż wcale) - do pewnych przemyśleń, ustaliłam sobie własny zbiór wartości według których staram się żyć. 
Nie znaczy to, że pozbawiłam się całkiem wrażliwości, empatii i ciekawości ludzi. Bardziej chodzi tu o narzucanie zdania, bezpodstawny hate czy branie na siebie złego samopoczucia innych. Nauczyłam się rozpoznawać oraz reagować na swoje emocje. Nie walczę już za wszelką cenę o akceptację mojej osoby. Ktoś mnie lubi lub nie i ma do tego pełne prawo. Tak jak ja mam prawo czuć do kogoś sym- lub antypatię. Nie oceniam ludzi po tym co robią lub jak się zachowują, bo pod tym często kryje się drugie dno.
Nie raz przekonałam się na własnej skórze, że pochopne oceny potrafią być krzywdzące, więc staram się nie fundować tego innym. Jeśli za kimś nie przepadam nie szukam na siłę kontaktu. Kiedy ktoś narusza moje przekonania, staram się zakomunikować mu, że nie do końca mi to pasuje i mam prawo czuć i myśleć inaczej. Nauczyłam się mówić: "nie" oraz "przepraszam", i to nie w kolejności "przepraszam, że nie". 

Pragnę szczęścia dla mojej Rodziny, chcę żeby dziewczynki żyły przekonane o własnej wartości, żeby były wrażliwe, a zarazem żyły w zgodzie z własnym ja. Teraz wiem, że nie mogę im tego narzucić, ale mogę pokazać im drogę dzięki, której będzie im łatwiej to osiągnąć. Czy nią pójdą będzie zależało tylko od nich.

Chcę zaspokajać swoje zachcianki: galop po plaży, małe zakupy, wieczór przy winku z Mężem, dobra książka czy spontaniczny wypad w nieznane. 
Chcę prowadzić bloga, chociaż dla niektórych to zajęcie "dla rządnych kariery w internecie nastolatek". 
Chcę żyć, spotykać się, otaczać osobami, które są wartościowe i które lubię. Złe dusze i energetyczne wampiry niech spadają na przysłowiowy szczaw. Koniec z truciem krwi. To ani przyjemne, ani produktywne.

I wiecie co...myślcie co chcecie, ale ja i tak będę wcielać w życie powyższe postanowienia...
Dlaczego?
Bo sprawiają, że czuje się szczęśliwa. A szczęśliwa ja, to szczęśliwa Rodzina, właściwi znajomi i brak błahych zmartwień.
Czego sobie i Wam życzę.

Aaaa i zdrowia też. Bo jak jest zdrowie to jest wszystko.
Przesyłam moc pozytywnej energii. Buziaki!



środa, 30 września 2015

Wrzesień nad morzem

W tym roku nasze wakacje sporo się wydłużyły. 
Dzięki temu spędziłyśmy cudowny wrzesień nad Bałtykiem.
Mamy tam swoje ukochane miejsce, z którym jesteśmy związane szczególnymi więzami.
Nie chodzi tylko o Rodzinę (bo tu urodził się i mieszkał Radek), ale także o wyjątkowość tego zakątka wybrzeża.
Puste plaże, czysty piasek, cisza, piękne lasy, jezioro, konie... to właśnie nasze Kopalino/Lubiatowo.

Kopalino i Lubiatowo to niewielkie wioski położone około 2 kilometrów od nadmorskiej plaży. 
Nie jest to miejsce dla żądnych imprez nastolatków czy szukających wrażeń singli. Nie ma tu dyskotek, deptaków na których można się polansować, setek smażalni, tysięcy ludzi, wysypu stoisk z pamiątkami, korków, kolejek i całego zła wakacji w kurortach.
Jest za to spokój, czyli to, czego brakuje mi najbardziej po kilku miesiącach przebywania w wielkim mieście. 
To świetne miejsce na odpoczynek dla rodzin z dziećmi.
Myślę, że temat Kopalina zasługuje na szerszy opis, więc w przyszłości z pewnością pojawi się post poświęcony temu zakątkowi. 
Póki co pozostawiam Was z solidną porcją plażowych fotek...

czwartek, 24 września 2015

DIY #1

Odkąd dziewczynki pojawiły się na świecie, mocno odświeżyłam moje zdolności manualne.
Igła z nitką, skrawki materiałów, maszyna do szycia, szydełko, kartonowe pudła, kredki, klej, itp. na stałe zagościły w maminym niezbędniku.
Ola cały czas stawia mnie przed nowymi wyzwaniami i z częstotliwością kilku razy w miesiącu zgłasza zapotrzebowanie na nowe przedmioty. Oczywiście każdy z nich jest całkowicie niezbędny, więc wieczorami często powstaje coś z niczego. Najczęściej są to maskotki, ale zdarzają się także części garderoby czy tekturowe zamki.
Cieszę się, że moje wyroby póki co zadowalają dziewczynki, bo sam proces tworzenia daje mi dużo przyjemności. Wszyscy są szczęśliwi, sporo rzeczy dostaje nowe życie, a i kilka groszy zostaje w kieszeni :).

Ostatnio miałam wolny wieczór i postanowiłam zrobić Oli i Paulince coś od serca. Tak powstały podusie króliczki.

Rzeczy, z których zrobiłam poduszki to cztery białe ręczniczki z Ikea (dwa większe i dwa malutkie) oraz mulina do wyhaftowania buziek. 
Króliczki szyłam na wzór poszewek, więc można w nie włożyć każdy standardowy jasiek.