Piiip...drzwi się zamknęły, pociąg ruszył...a moje serce się rozdarło.
Bywają chwile kiedy jestem już bardzo zmęczona byciem w ciągłej gotowości - 24 h na dobę, 7 dni w tygodniu. Potrzebuje czasu tylko dla siebie, kiedy mogę sobie pozwolić na totalne odmóżdżenie. Zakupy, samotny spacer, impreza, babski wieczór - takie chwile może nie wnoszą zbyt wiele do życia intelektualnego, ale świetnie potrafią doładować akumulatory.
Jednak kobieta, a szczególnie matka to stwór charakteryzujący się czasami dość irracjonalnymi zachowaniami. W związku z tym mnie również dopadło nie do końca zrozumiałe uczucie.
Otóż nadarzyła się okazja na samotny wyjazd. Nie był to tydzień w spa czy wycieczka do Tajlandii, ale zważywszy na moją przeszłość, coś dla mnie bardzo atrakcyjnego, mianowicie rajd samochodowy.
Propozycja pracy przy organizacji wydawała się bardzo kusząca, ale wiązała się z przymusem zostawienia rodzinki na kilka dni. Namawiana przez bliskich, postanowiłam podjąć decyzję o chwilowym rozstaniu.
Dopóki termin był mocno odległy, czułam ekscytację, że znowu, tak jak kiedyś, będę częścią rajdowej rodziny. Wiedziałam, że na fizyczny odpoczynek nie mam szans, ale odetchnę od wielu wychowawczych obowiązków.
Im bardziej zbliżała się data wyjazdu zaczęły pojawiać się wątpliwości. Miałam pewność, że dziewczynki zostaną pod świetną opieką (przecież mają najlepszego Tatę na świecie), że Tata ma wsparcie Babci i Dziadka, że nic im nie grozi. Mimo tego ciężko mi było ruszyć w podróż.
Dzień wyjazdu nadszedł szybciej niż się spodziewałam i kosztował mnie ogromnie dużo emocji. Do momentu zamknięcia drzwi pociągu jakoś się trzymałam. Ale wystarczyło, że przez szybę zobaczyłam łzy Oleńki i rozpadłam się na kawałeczki.
Byłam gotowa wyskoczyć w biegu z pociągu, żeby tylko móc utulić moje dziecko. Okazało się, że Tata utulił równie skutecznie i całe pięć dni radził sobie świetnie.
Miałam okazję odetchnąć psychicznie, ale niestety tak się nie stało. Niby nie byłam już bezpośrednio odpowiedzialna za zaspokajanie potrzeb egzystencjonalnych moich córek, ale tęsknota nie pozwoliła mi się wyluzować. I weź tu mnie zrozum...chce odpoczynku, a jak już go mam to tęsknię za codziennym młynkiem.
Teraz siedzę w pendolino i pędzę do moich Skarbów. Nie mogę się doczekać momentu kiedy będę miała ich wszystkich w ramionach. Jadę, myślę, piszę...i nie rozumiem :).
Edit: Pierwsze koty za płoty, było ciężko, ale daliśmy radę.
Mam pewność, że dziewczynki zdecydowanie lepiej radzą sobie z faktem rozstania, niż ja :).
Ciekawe kiedy zdecyduje się na kolejną samotną wyprawę?!